Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

wtorek, 28 sierpnia 2018

[NOWOŚĆ] „Czarna samica Kruka. Po tamtej stronie świadomości” Dariusz Pawłowski


W maju w formie e-booka ukazała się najnowsza książka Dariusza Pawłowskiego, pt. Czarna samica Kruka. Po tamtej stronie świadomości, która jest kontynuacją Czarna samica Kruka. Lot nad krawędzią świadomości… – książki wydanej w 2015 roku nakładem Wydawnictwa Oficynka. Tym razem autor postanowił w pojedynkę wykonać całą pracę związaną z wydaniem książki i włożył w to naprawdę dużo pracy.

Fanpage autora:
Strona www:

UWAGA!
Książkę można pobrać za darmo tutaj:


Opis:
Przez dwadzieścia lat służby nauczyłem się jednego - jedynym demonem na tej planecie jest człowiek.
Nigdy nie wierzyłem w anioły, diabły, piekło, niebo, wszystkie te religijne bzdury.
Aż do teraz.
Nazywam się Eryk Osowski, jestem komisarzem w Wydziale Zabójstw.



Tytuł: Czarna samica Kruka. Po tamtej stronie świadomości
Autor: Dariusz Pawłowski
Wydawnictwo: -
Premiera: maj 2018
Gatunek: Thriller



Fragment:
" Kilka minut po północy wiatr nasilił się, coraz mocniej uderzając kroplami padającego deszczu ze śniegiem w wyłożony kocimi łbami chodnik. Sunące po ciemnym niebie ciężkie, ołowiane chmury prawie całkowicie przysłoniły księżyc. Gdzieniegdzie tylko jego blade światło wydostawało się przez ich postrzępione pasma. Po kilku chwilach gnane porywistym wiatrem ciemne kolosy zderzyły się ze sobą. Z głośnym hukiem rozerwała się zielona błyskawica, na mgnienie oka zalewając zielonym światłem przerdzewiałe kikuty dźwigów i żurawi od dawna już nieczynnego portu. Idący wśród wycia wiatru i padającego deszczu mężczyzna spojrzał w górę, po czym naciągnął mocniej kapelusz, skulił się i przyśpieszył kroku. Człowiek ów był w bardziej niż w średnim wieku. Na pewno sporo po pięćdziesiątce, może nawet trochę przed sześćdziesiątką. Jego wiek trudno było określić. Ciemne worki pod oczami, pomarszczona szyja i obwisła skóra na policzkach pokryta kilkudniowym zarostem, mocno to utrudniały. Po kilku minutach doszedł do starej kamienicy. Obojętnie spojrzał na żółtą tabliczkę informującą o zakazie wstępu i możliwości zawalenia się budynku. Wyjął z kieszeni stary, wiele razy wypróbowany wytrych, przyklęknął przed drzwiami i rozglądając się bacznie, otworzył nisko umieszczony zamek. Wstał z kolan i naparł dłońmi o jedno z ich skrzydeł. Usłyszał drapiące zgrzytanie od lat nieoliwionych zawiasów. Po chwili zniknął w ciemnej otchłani. Przeszedł kilkadziesiąt kroków aż znalazł się przy zejściu do piwnic. Podniósł ciężkie wieko i zszedł na dół. Z cichym jękiem ulgi zdjął niewygodny plecak i położył go na ziemi, opierając o swoją prawą nogę. Ściągnął z głowy mokry kapelusz i stał przez chwilę bez ruchu czujnie wpatrując się w mrok. Coś, czego jeszcze nie był w stanie określić, wzbudziło w jego sercu pierwszy szmer niepokoju. Ciężkie powietrze unoszące się wewnątrz przesycone było brudem, grzybem, rdzą i … czymś jeszcze. Był to gorący i wilgotny fetor rozkładu. Mężczyzna nie należał jednak do tych, których łatwo przestraszyć. Ponad dwadzieścia pięć lat, które spędził na ulicy, dzień za dniem walcząc o przetrwanie, to dobra i twarda szkoła życia. Kończą ją tylko najlepsi. Ciała tych, którym się nie udało, czasem znajdywane są w jakimś cuchnącym ścieku, czasem zamarznięte na kość w ogródku działkowym w którejś z peryferyjnych dzielnic miasta, czasem pocięte nożami a czasem nie znajdują się wcale. Ot, wczoraj ktoś był, dziś już go nie ma a życie toczy się dalej. Tak zniknął jedyny przyjaciel jakiego miał. Mandaryn. Jego ciała nigdy nie znaleziono, chociaż on domyślał się, kto i za co sprawił, że Mandaryn zniknął. Pomimo tego, że czasem odczuwał brak przyjaciela, nie robił z tego wielkiej tragedii. Takie były prawa świata, w którym żył a on je doskonale rozumiał i w pełni akceptował. Wciągnął powietrze głęboko do płuc. Woń gnijącego mięsa. Nie miał co do tego żadnych wątpliwości. Może to jakiś zdechły pies lub kot. Bez względu na to co to było, musiał znaleźć to ścierwo i wyrzucić na zewnątrz. Nawet taki człowiek jak on nie miał najmniejszego zamiaru spędzić nocy wdychając ten obrzydliwie słodki smród. Położył kapelusz na mokrym plecaku i ruszył w kierunku, który uznał, że stanowi źródło odoru. Nie licząc metalicznego dźwięku wydanego przez kilka kopniętych metalowych prętów, które walały się po betonowej podłodze, szedł uważnie i cicho. Na tyle dobrze znał rozkład całej kamienicy, że mógł się po niej swobodnie poruszać nawet w całkowitych ciemnościach. Po chwili znalazł się na przeciwległym końcu pomieszczenia, przed drewnianymi schodami. Do jego uszu dotarło nerwowe popiskiwanie szczurów, które musiały wyczuć jego obecność. Wyciągnął z kieszeni niewielką latarkę i kciukiem przesunął włącznik. Zszedł na dół. W wąskim strumieniu jasnego światła dostrzegł czerwone blaski wielu szczurzych oczu. Smród stawał się wręcz nieznośny. Usłyszał basowy pomruk przetaczającej się przez niebo burzy i mocne uderzenia deszczu ze śniegiem w dach opuszczonej kamienicy. Zrobił jeszcze kilka kroków, gdy nagle, na sekundę lub dwie, wnętrze piwnicy zostało zalane zielonym, fosforyzującym światłem pioruna, które przedostało się przez jedno z kilku okien znajdujących się powyżej poziomu gruntu. I wtedy to zobaczył. Krew ścięła mu się w żyłach, a siwe włosy stanęły dęba z przerażenia. Poczuł jak coś lodowato zimnego na ułamek sekundy objęło jego ciało. Pierwszym jego odruchem była ucieczka. Zatrzymał się dopiero na końcu schodów. Ciężko i chrapliwie oddychając, oparł się plecami o zimną, betonową ścianę. Ciemność. Strach. Strach, który zardzewiałym ostrzem swego sztyletu, boleśnie kłuł go w serce. Chaos przerażenia miażdżył jego umysł. Dopiero po dłuższej chwili, udało mu się częściowo opanować. Oddech stopniowo wracał do normy. Jego mózg starał się zanalizować to, co widział, złożyć w jakąś spójną całość. Poruszał palcami spoconych dłoni. Latarka! Gdzie ona jest?! Zgubił ją! W panice musiał ją upuścić . Wierzchem prawej dłoni otarł czoło z potu. Musi tam wrócić. Spojrzał w dół, starając się obliczyć odległość. Jakieś osiem, dziewięć, góra do dziesięciu metrów. Wydało mu się to cholernie daleko. I jeszcze ten smród! Pochylił się, przyjmując postawę maratończyka, trzema szybkimi oddechami nabrał powietrza do płuc i zbiegł po schodach. Po chwili był już na dole. Przebiegł jeszcze i kilka metrów i... jest! Szybko ją podniósł, odwrócił się i już miał zbiec z powrotem na górę, gdy… uświadomił sobie, że musi to sprawdzić. To była przecież jedna z jego niewielu kryjówek. Nie wiedział o niej nikt. Zawsze była sucha, bezpieczna i pewna. A on bardzo chciał, aby tak pozostało nadal. Spojrzał z daleka. Nie miał pojęcia co to jest. Nie przypominało mu nic, co widział do tej pory. Niepewnie podszedł bliżej. Na jego twarzy pojawił się grymas obrzydzenia. Wykrzywił mu usta odsłaniając nieliczne, przeżarte próchnicą czarne zęby. Po chwili poczuł, jak żołądek przewraca mu się do góry nogami. Z głośnym pluskiem zwymiotował.
..()..
Komisarz Eryk Osowski zaparkował służbową Hondę Civic na skąpanej w ostrych promieniach zimowego słońca ulicy Okrzei na warszawskiej Pradze Północ. Wyłączył silnik. Sięgnął ręką do kieszeni po paczkę gum do żucia. Wyciągnął jedną i włożył do ust. Wysiadł z samochodu. Ostre światło odbijające się od cienkiej warstwy śniegu leżącego na chodniku, boleśnie poraziło mu źrenice. Założył okulary przeciwsłoneczne, ruszył w stronę ulicy Sierakowskiego i dalej w stronę Portu Praskiego. Lubił Pragę. Lubił ten niepowtarzalny i niespotykany nigdzie indziej klimat starych kamieniczek i gdzieniegdzie jeszcze brukowanych ulic. Nawet ludzie, którzy się tu rodzili byli inni. Twardzi, honorowi, nie rzucający słów na wiatr. To było jedyne takie miejsce na świecie. Był o tym święcie przekonany. Był również przekonany, że to miejsce umiera. Drapieżne łapy pazernego, bezwzględnego kapitalizmu wyrywały każdy metr kwadratowy ziemi, zamieniając wspaniałe formy architektury z przełomu dziewiętnastego i dwudziestego wieku na proste klocki, które szumnie nazwano apartamentowcami.
- Hej, przystojniaku! - dźwięczny damski głos wyrwał go z rozmyślań. – Poświęcisz mi chwilę?
Odwrócił się. Szlag by to trafił! Tylko jej tu jeszcze brakowało! Osowski wiele razy zachodził w głowę, skąd Ciskowska wiedziała o wszystkim, co dzieje się w mieście. Teraz też przyglądał się jej, będąc ciekaw źródła jej informacji. Wiedząc jednak, że była rasową dziennikarką i nigdy mu tego nie zdradzi, jego myśli zeszły na nieco inny tor. Oplótł wzrokiem jej twarz okoloną długimi, czarnymi włosami, luźno rozpuszczonymi po obu stronach głowy. Gładka cera o trochę ciemnej karnacji z dużymi, pięknymi oczami, podkreślonymi dodatkowo dyskretnym makijażem. W połączeniu ze zmysłową czerwienią ust, dodawał on nieco kuszącej tajemniczości. No i te, opuścił wzrok, doskonale umięśnione nogi i jędrne pośladki, których kształty dodatkowo podkreślały obcisłe, czarne legginsy. Aneta Ciskowska była jak żywa bomba atomowa.
- Cześć piękna! A ty już tu żerujesz? – zapytał, po raz kolejny taksując ją wzrokiem.
- Muszę z czegoś żyć – odparła. – Powiesz mi coś?
- Sam jeszcze nic nie wiem. Widzisz przecież, że dopiero przyjechałem.
- Nie wciskaj mi kitu. Przynajmniej coś, żebym wycisnęła z tego kilka słów na artykuł.
- Dopiero jak pojawi się oficjalny komunikat – pokręcił przecząco głową.
- Wiesz gdzie mam te wasze komunikaty?!
- Aż boję się zapytać - uśmiechnął się, żując gumę.
- Oj, Eryk! Gazety nieźle płacą, bo ludzie lubią czytać takie kawałki. Ale tylko jeśli będę pierwsza. W tym biznesie nie ma drugiego ani trzeciego miejsca.
- Aneta, pogadam później ze Starym i może coś ci dam, ok.?
- Ok. Dziś?
- Po południu.
- Na pewno? Żeby nie było tak jak w zeszłym miesiącu.
- Na pewno.
- Dzięki – spojrzała czarnymi oczami w jego twarz. - Dobrze ci z tym zarostem, wiesz? - przejechała dłonią po jego policzku. - Tylko zastanawiam się skąd w nim siwe włosy? Na skroniach też. Zaczynasz się starzeć czy problemy?
- Problemy. A właściwie jeden. Ma metr sześćdziesiąt osiem centymetrów wzrostu, pięćdziesiąt cztery kilo wagi, siedemnaście lat, na imię Katarzyna. Moja córka. Dorasta. Muszę już lecieć. Trzymaj się. Cześć.
- Tylko nie zapomnij. Po południu. Cześć.
Pokazał odznakę dwóm mundurowym, podniósł policyjną taśmę, schylił się przechodząc pod nią.
...()...
Kruk. Symbol śmierci i nieszczęścia. W wierzeniach wielu starożytnych ludów ptaki te uważane były za symbol grzechu, herezji i zepsucia. W średniowieczu widok kruka we śnie uważano za zły omen i rychłą zapowiedź śmierci. Duży, ciężki i mocny, czarny dziób. Ciało o długości dochodzącej do siedemdziesięciu centymetrów, zakończone klinowatym ogonem. Silne, czarne skrzydła o długości czterdziestu czterech centymetrów. Właśnie na takie skrzydła patrzył teraz Eryk Osowski. Przyszyte do pleców starej kobiety wiszącej mniej więcej półtora metra nad ziemią. Martwe ciało wisiało twarzą w dół. Ręce i nogi szeroko rozłożone, przedramiona i uda przebite na wylot hakami. Haki pokrywała warstwa rdzy. Przez ucho każdego z nich przechodziły linki ze stalowych oplotów, przełożone przez poprzeczną belkę podwieszoną pod sufitem. Na łopatkach dwie równe rany, zapewne zrobione ostrym i cienkim narzędziem. Każda z nich o długości czterech, może czterech i pół centymetra.
Rany musiały być dość głębokie. Dziwne jednak, że utrzymały ciężar skrzydeł. Chociaż nie... przez każdą z nich przechodziły dwa węzły grubych nici. Nici były koloru czarnego. Tak jak krucze skrzydła. Dlatego nie od razu je zauważył. Pochylił się, przyglądając się im uważnie. To że szwy nie były dziełem profesjonalisty, było oczywiste nawet dla laika. Precyzja grabarza chorego na delirium. Plecy przebite w kilku miejscach. Dziury duże, szarpane… coś jak po przebiciu szewskim szpilarkiem. W uszy i odbyt wbite haczyki wędkarskie. Naprężona żyłka powodowała, że głowa pozostawała uniesiona. Osowski zdjął jedną rękawiczkę chirurgiczną, wyjął z kieszeni tubkę silnie pachnącej miętowej maści i rozprowadził pod nosem grubą jej warstwę. Podszedł bliżej do wiszącego ciała. Na plecach widoczne były liczne ślady pobicia i kilkanaście śladów po oparzeniach. Niewielkich i okrągłych. Prawie na pewno morderca gasił papierosy na ciele denatki. Sporo małych ran wyglądających jak po ugryzieniach. Komisarz przyjrzał się im bliżej. Niektóre przypominały ślady gryzoni, pochodzenia pozostałych nie potrafił odgadnąć. Zapytał jednego z pracujących w piwnicy techników, czy pod ciałem jest już czysto. Po potwierdzeniu położył się pod trupem. Pofałdowane warstwy tłuszczu pokryte luźną, flakowatą skórą wraz z wydawałoby się nienaturalnej długości cienkimi piersiami zakończonymi ostrymi sutkami, wisiały jak puste foliowe torebki. Postępujące procesy rozkładu zaczynały zmieniać kolor skóry na coś pomiędzy woskowym a sinym.
- Ty, lowelas! Nie boisz się, że ta lala spadnie na ciebie i będzie chciała dać ci buzi?! Wyłaź - powiedział Tadeusz Jedlina, specjalista medycyny sądowej. – Coś ci pokażę.
- Spójrz na jej oczy - wskazał Jedlina, kiedy Osowski już wygramolił się spod trupa.
Coś co kiedyś było oczami było tak szeroko otwarte, jakby za chwilę miało wylecieć z oczodołów. Wokół nich widać było cieniutkie strużki zakrzepłej, brązowej krwi. Źrenice były pionowe i cienkie, bardziej jajkowate niż okrągłe. Białka… białka wyglądały tak, jakby ktoś próbował je… podpalić? Była to pierwsza myśl, która przeszła przez głowę patrzącemu się na ten horror Osowskiemu. Były czerwone i przekrwione, pełne popękanych naczynek i czegoś, na pierwszy rzut oka, szorstkiego i drobnego. Skóra naokoło nich była czerwona, jakby ten pożar próbował rozprzestrzenić się na całą głowę. W kilku miejscach przegryzione na wylot wargi i zastygły grymas na twarzy, świadczyły o potwornym bólu, który musiała znieść denatka zanim dostąpiła łaski śmierci.
- O Jezu… co to jest?
..()...
Późnym wieczorem leżał w łóżku na próżno usiłując zasnąć. Myśli jak tabuny dzikich koni przebiegały przez jego głowę. Im więcej się starał, tym bardziej nie mógł z niej wyrzucić sprawy nad którą pracowali. Czy pierwsza ofiara krzyczała, jak twierdził Deyna? To oczywiste, każdy by przecież krzyczał mając w oczach Carolinę Reaper. Co wtedy robił zabójca? Przez dwadzieścia pięć minut stał i patrzył się? Napawał się jej cierpieniem? A może na ten czas zostawił ją samą sobie? Nie, to niemożliwe, odrzucił tą myśl, jako niedorzeczną. Kilka lat temu mieli podobną sprawę i wiedział, że ten typ mordercy nie zachowuje się w taki sposób. Dla niego najważniejsza jest władza i dominacja nad ofiarą. Podnieca go jej ubezwłasnowolnienie. To, że jest w jego ręku. Jest panem życia i śmierci. Prawie bogiem. Rzygać się chce od tego chorego gówna. A druga? Miała wbity w gardło wibrator. Głęboko i brutalnie. Być może naruszył nawet kręgi szyjne. Czy spowodował on natychmiastową śmierć przez zadławienie? Raczej nie. Pamiętał, że widział wokół jej ust ślady wymiocin. Na wibratorze też. Sprowokował wymioty, kiedy miała wibrator już w gardle? Jak? Przypomniał sobie sińce i dziwne ślady na jej brzuchu i klatce piersiowej. Bił ją aż zaczęła wymiotować? Potem wbił go głębiej w gardło, gryząca ciecz nie mogła znaleźć ujścia i… śmierć. Czy może... wkładając go jej od tyłu , przypomniał sobie straszne rany na odbycie zamordowanej, dostał jakiegoś szału? Może krzyczała z bólu i wtedy zaczął ją bić? I wtedy, widząc, że zbiera jej się na wymioty, wbił jej ten wibrator w gardło? Kolejne pytania zalewały jego umysł. Nie zdołali jeszcze ustalić miejsca, w którym dokonano pierwszej zbrodni. Jedyne co mieli, co na pewno łączyło obie te zbrodnie, to były krucze skrzydła i… kurwa mać!!! Nagle przyszło olśnienie! Co za cholerny idiota! Dlaczego dopiero teraz na to wpadł?! Musi to sprawdzić z samego rana! Nie!!! Za cholerę nie wytrzyma do rana! Teraz, zaraz! O śnie dzisiejszej nocy i tak nie mogło już mowy! Dzwonić po Kazika...? Nie, niech chłopak sobie śpi. Sam sobie da radę. Odblokował kciukiem telefon. Pierwsza czterdzieści siedem. Odwrócił głowę w stronę żony. W ciemnym pokoju widział tylko kontury jej postaci, ale to i tak było wystarczające, aby się upewnić, że Marta była pogrążona w głębokim śnie. Najciszej jak potrafił, zsunął się z łóżka. Ubrał się, zamknął po cichu mieszkanie i zbiegł po schodach do samochodu.
...()...
Czarna Samica Kruka szybowała na mroźnych prądach powietrza, pośród lodowatego wiatru i padającego śniegu. Pod nią rozciągała się prastara, pełna tajemnic puszcza, pamiętająca jeszcze czasy, kiedy po Ziemi chodzili zapomniani już dziś bogowie. Złożyła ogon w klin i niesiona wiatrem, zaczęła obniżać lot, by po chwili zatopić się w krainę nocy i mroku. Leciała wzdłuż pokrytego lodem strumienia, słyszała jęk wiekowych olbrzymów, których nagie konary ściśnięte były lodowymi kłami mrozu. Wzniosła się lekko nad zboczami pokrytymi posępnymi drzewami. Z szeptu wiatru jej uszy wyłowiły groźne wycie wilczej braci grasującej gdzieś w pobliżu. W bezkresie otaczającego ją lasu, jej gorejące czerwienią oczy, ujrzały małe, migocące światełko. Przysiadła na postrzępionym czubku jednego ze świerków. Tuż pod nią stała mała, drewniana chatka otoczona rozpadającym się płotem. Rozpostarłszy szeroko czarne skrzydła, podniosła się do lotu. Wznosząc łeb ku górze, zataczała kręgi nad chatką. W sklepieniu ołowianych, ciężkich chmur ujrzała błysk szybki jak uderzenie bicza, kiedy runął w dół, dosiadany przez jakąś straszliwą postać, czarny rumak. Usiadła na parapecie i zajrzała przez okno.
***
Na stoliku obok Biblii paliła się mała, gruba świeczka. Siostra Magdalena leżała w ciemnej izbie, wpatrując się w tańczący płomień świecy. Od kilku nocy obawiała się snu. Nawiedzały ją koszmary. Były przerażająco realistyczne. Sięgały do najgłębiej skrywanych zakamarków jej świadomości i wspomnień, brutalnie uświadamiając jej, że nieuchronnie zbliża się czas zapłaty za popełnione w życiu złe uczynki. Wiedziała, że jej czas dobiega już końca, że znajduje się już na krawędzi swojego życia, a niedługo stanie przed Sędzią, który sprawiedliwie ze wszystkiego ją rozliczy. Bała się tego spotkania. Cofając się myślami w przeszłość, widziała w niej niewiele światła. Większa część jej życia była nikczemna i zła, a czyny, których się dopuściła... Zmęczony rozmyślaniami umysł staruchy rozpaczliwie domagał się odpoczynku. Powieki zaczynały ciążyć, w kończyny wkradał się bezwład, a ciężkie kleszcze bólu z ogromną siłą zacisnęły się na piersi. Nie miała dość sił, aby z tym walczyć. Każdy oddech kosztował ją coraz więcej wysiłku, ból stawał się nie do zniesienia kiedy rozgrzane do czerwoności ostrza wielu jego sztyletów rozszarpywały jej serce. Otwarte w niemym krzyku usta walczyły o każdy haust powietrza. Z mroku wyłoniła się przeraźliwe chuda, koścista postać, obleczona w czarny habit. Odbity od jej kosy czerwony błysk płomienia był ostatnim wspomnieniem, które starucha zabrała za sobą na tamtą stronę. Śmierć pochyliła się lekko nad palącą się świecą, gasząc jej płomień swoim lodowatym oddechem. Zachodzące bielmem, półprzymknięte oczy, wpatrywały się w nicość. Chmury płynęły tak nisko, że wydawało jej się, iż może dotknąć ich dłonią. Ciemne, szare kolosy, pchane przez gorący wiatr, rozwiewający jej długie, siwe włosy. W ich wnętrzu rozrywały się płomienne błyskawice miejscami rozpraszając żółto - ołowiany półmrok, w którym zupełnie zatraciła poczucie czasu i przestrzeni. Stąpając po kwiatach zwiędłych róż, kuszących słodkim jadem zastygłym na zaschniętych kolcach ich żywota, długo szła przez martwy ogród przemijania. Wszystko wokół niej zdawało się falować, było jakby poruszane drganiami gorącego powietrza. Zmęczone płuca zaczęły odmawiać posłuszeństwa. Czuła ciężar rozgrzanego pyłu, który osiadał na ich ściankach. Uporczywy ból i drapanie w gardle, zmuszały ją do duszącego kaszlu. Gęsta ślina wymieszana z żółto - brązowym pyłem ściekała jej po brodzie. Starła ją wysuszoną dłonią. Gorący piasek parzył jej nagie stopy. Wędrówka była koszmarem dla jej starych nóg, ale nie mogła zostać w tym miejscu. Mijając płonące kikuty drzew, nie była w stanie pozbyć się wrażenia uporczywego, zbliżającego, to znów oddalającego się, syku. Coś samo pozostając w ukryciu bawiło się okrutnie jej umysłem, doprowadzając ją na skraj rozpaczy. Ciężko stawiając krok za krokiem, zmusiła się do wysiłku. Spieczone ciało rozpaczliwie domagało się cienia. Wycieńczony organizm błagał o jeden chociaż łyk wody. Kiedy była już niebezpiecznie blisko szaleństwa… mogło to być tylko złudzenie, ale wydawało jej się, że widzi coś w oddali. Zataczając się z wyczerpania, przetarła piekące oczy, starając przebić się wzrokiem przez unoszące się gęste opary gryzącego dymu. Niewyraźne, ciemne zarysy wśród chmury dymu i pyłu powoli nabierały kształtów niewielkich rozmiarów budynku. Był on jak kropla nadziei na rozpalonej pustyni obłędu. Szła, padała, czołgała się, znowu szła. W końcu osiągnąwszy granicę swoich możliwości, dotarła do jego drzwi. Przez szpary w drewnie wydostawało się jaskrawe czerwone światło. Oparła się o nie ramieniem i zacisnęła dłoń na okrągłej klamce z wygrawerowanym na jej środku krzyżem. Przekręciła ją w prawo i czując opór, pociągnęła do siebie. Drzwi ani drgnęły. Przekręciła ją w lewo. Drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypieniem. Chciała zdjąć dłoń z klamki, ale nagle poczuła jak coś z ogromną siłą przyciska jej palce do gorącego metalu. Ogień, który ogarnął jej dłoń, zmusił ją do gwałtownego klęknięcia i szlochu. Poczuła swąd palonego własnego ciała, a spomiędzy palców z sykiem uniosło się kilka stróżek dymu. Po chwili, która w jej umyśle urosła do wieczności, udało jej się w końcu oderwać rękę od klamki. Bolało potwornie. Ogarnęły ją nudności a wszystko wokół niej wirowało coraz szybciej i szybciej. Straciła świadomość. Kiedy się ocknęła, poczuła przyjemny chłód. Było ciemno i padał deszcz. Słyszała delikatny szum liści poruszanych wiatrem. Stała przed starym, drewnianym kościółkiem zagubionym gdzieś pośród prastarych lasów. Weszła do środka. Ogarnął ją wilgotny zapach wieków minionych. W świątyni było jasno i ciepło. Wzdłuż jej ścian płonęły świece. Zobaczyła mężczyznę, który, pogrążony w żarliwej modlitwie, klęczał w jednej z ław. Stąpając po drewnianej podłodze, zbliżała się do niego. Przyglądała mu się uważnie. Człowiek ten miał na sobie stary i wytarty mnisi habit. Widziała jego starcze, pokryte plamami dłonie, które trzymały grubą księgę oprawioną w czarną skórę.
- Co czytasz, ojcze? - zapytała w końcu, a dźwięk jej głosu odbił się echem po ścianach kościoła.
Mężczyzna zareagował na pytanie dopiero po kilku sekundach. Odwrócił głowę w jej stronę i spojrzał na nią.
- Siostra Magdalena? - duchowny wyraźnie ucieszył się na jej widok. - Widzę, że na siostrę także przyszedł czas - stwierdził, ukazując w uśmiechu bezzębne dziąsła.
- Ojciec Apolinary?! - siostra Magdalena nie mogła w to uwierzyć. - Co ojciec tu robi?
- To samo, co siostra. Tej nocy umarłem.
Kobieta patrzyła na starca nic nie widzącymi oczami. Z otwartych w niemym krzyku ust nie wydobył się żaden dźwięk. Lęk zakradał się po cichu, oplatał jej umysł lepką pajęczyną strachu.
- To niemożliwe... - wykrztusiła po długiej chwili. - Ja śnię... to tylko kolejny koszmar... - Spojrzała błagalnym wzrokiem na starego duchownego. Ojciec Apolinary uśmiechał się łagodnie, patrząc na nią dobrotliwym wzrokiem staruszka. Nie spuszczał wzroku z jej twarzy, gdy w jego ręku błysnął nóż. Zanim Siostra Magdalena zdążyła zareagować, zdumiewająco silnym chwytem, złapał ją za szyję i ściskając mocno ramieniem, obrócił tyłem do siebie. Ciemne plamy przerażenia wirowały przed oczami siostry Magdaleny, jakaś brutalna siła z obrzydliwym mlaśnięciem oderwała jej mózg od czaszki, ciskając go w pustą otchłań ciemności.
- Byłam dziś u ciebie - usłyszała syczący szept wydobywający się z ust ojca Apolinarego. - Nie poznałaś mnie? Jestem śmierć... - poczuła straszliwy ból rozrzynanego gardła.
Ocknęła się, rozpaczliwie walcząc o każdy łyk zanieczyszczonego brudnym pyłem powietrza. Piekącą dłonią złapała się za gardło. Potrzebowała trochę czasu, aby się uspokoić i wszystko poukładać. Spojrzała na swoją dłoń. W jej oczach pojawiły się łzy. Na poczerniałym ciele miała wypalony czarny ślad odwróconego krzyża. Łkając, wstała z kolan i weszła do środka. W środku było pusto. Czerwone światło raziło ją w oczy z taką siłą, że musiała iść prawie po omacku. Po chwili zobaczyła stojącą na katafalku trumnę. Z ściskającym serce strachem podeszła bliżej. W trumnie spoczywał ojciec Apolinary. Przymknęła oczy i zaczęła się modlić:
- Nakłoń Panie ucho ku prośbom pokornie przez nas zanoszonym do Twego miłosierdzia i umieść w krainie pokoju i światłości duszę Twojego sługi ojca Apolinarego, której kazałeś odejść z tego świata, oraz włącz ją do społeczności Twoich Świętych. Spraw, prosimy Cię, Panie, aby ta modlitwa wyjednała zbawienie duszy Twojego sługi ojca Apolinarego, za którym pokornie błagamy. Prosimy Cię, Panie, uwolnij od więzów grzechu duszę Twojego sługi ojca Apolinarego, aby wskrzeszony, żył w chwale zmartwychwstania wśród Twoich świętych i wybranych. Przez Chrystusa, Pana naszego. Amen.
- Dziękuję, ale niepotrzebnie się siostra się trudzi - leżący w trumnie ojciec Apolinary otworzył oczy i patrzył na nią,łagodnie się uśmiechając. - Tu gdzie jesteśmy te słowa nie mają mocy. Jeszcze siostra nie zrozumiała? Jesteśmy w piekle.
...()...
Zbiegł po schodach na parter i wyszedł przed blok. Było już po północy, większość okien ziała czarną, senną pustką, w zaledwie kilku dostrzegł nikłe światełka nocnych lampek. Odkąd rzucił palenie, przynajmniej ze sto razy pomyślał jak bardzo uspokoiłoby go kilka haustów dymu, ale teraz chęć zapalenia była tak silna, że skłonny byłby podpisać cyrograf za papierosa. Głód nikotyny powstały ze zdenerwowania i przejmującego lęku o córkę, boleśnie wykręcał mu umysł i wnętrzności. Przełknął ślinę i z mocno bijącym z niepokoju sercem, przebiegł kilkadziesiąt metrów, dzielących jego blok od „szesnastki”. Na klawiaturze od domofonu wstukał 2... 6..., usłyszał ostry dźwięk sygnalizujący nadejście wiadomości. Szybko odblokował telefon, po czym spojrzał na wyświetlacz. Ememes wysłany z nieznanego numeru. Głęboko ukryta gdzieś z tyłu głowy myśl eksplodowała z siłą erupcji wulkanu. Wiedział, że za ułamek sekundy zawali się cały jego świat.
...()...
Odszukał właz, ukrył dłonie w rękawach bluzy, po czym chwycił stalowe klamry i silnie pociągnął je do siebie. Właz ustąpił bez oporu. Zszedł na dół. Panowały kompletne ciemności. Było tak cicho, że do jego uszu dochodził tylko szmer wiejącego na górze wiatru. Starając się oddychać najciszej jak tylko umiał, odczekał jeszcze krótką chwilę, po czym zapalił latarkę i rozejrzał się wokół. Odwrócił twarz do ściany i jakby szukając podpowiedzi, przejechał po niej dłonią. Pokryta była przezroczystą warstwą śliskiego lodu. Skierował strumień światła na przeciwległą. Na tą, za którą znalazł zakopane zwłoki. Podszedł bliżej. Dziura była teraz na tyle duża, że jeśliby się mocno pochylił, to udałoby mu się przez nią przejść bez potrzeby czołgania. Domyślił się, że powiększyli ją technicy, kiedy zabezpieczali szkielet dziecka. Zaświecił do środka. Poza ciemną, zmarzniętą ziemią i kilkoma rozrzuconymi cegłami, nic nie zobaczył. Opuścił latarkę. Jego wzrok padł na... przykucnął. Litery były na tyle duże, że przeszło mu przez głowę, iż musi być w tym jakiś ukryty cel. „NIECH SPOCZYWA W SPOKOJU”.
...()...
Może nawet teraz tu jest?! Jego oddech gwałtownie przyśpieszył. Po raz kolejny poczuł, jak ogarnia go wściekłość. Szybko podniósł się z kucek. Postanowił najpierw sprawdzić tunel, w którym znalazł złotą monetę. Z bronią w jednej ręce, latarką w drugiej, szedł szybkim krokiem aż doszedł do przepaści. Nie było tu nic oprócz ciemności i szumu wiatru. Zmiął w ustach przekleństwo i pobiegł z powrotem do piwnicy. Najpierw sprawdził ściany. Centymetr po centymetrze ze zwróceniem szczególnej uwagi na miejsca, gdzie stykają się z podłożem. Potem podłogę. Rozkopał każdą zmarzniętą grudkę ziemi, każdą kupkę gruzu. Nic. W świetle latarki zauważył leżący przy jego nodze kawałek cegły. Kopnął go ze złością i obserwował, jak uderza w ścianę, rozbijając się na drobne kawałki. Po chwili uspokoił się i skierował latarkę do góry. Wąski strumień światła otaczała nieprzenikniona ciemność. Pomimo napiętych jak postronki nerwów, coraz bardziej dokuczało mu przenikliwe zimno. Odczuwał pieczenie i ból w palcach. Schował pistolet do kabury, uwalniając w ten sposób prawą rękę. Co kilka minut przekładał latarkę z ręki do ręki. Podczas gdy jedną trzymał latarkę, szybko ruszał palcami drugiej, próbując je choć trochę rozgrzać i tym samym przywrócić normalne krążenie. Osowski wolno posuwał się naprzód, starając się niczego nie przeoczyć. Działając pod ogromną presją, każdą rysę czy pęknięcie, klasyfikował jako podejrzaną i dokładnie oglądał, szukając jakiejś wskazówki. Z głową zadartą do góry, ostrożnie stawiał kroki na nierównym podłożu, aż uderzył ramieniem w ścianę. Poprowadził strumień światła wzdłuż łączenia sklepienia ze ścianą, gdy jego wzrok padł na ciemne zarysy, przypominające swym kształtem... nagle usłyszał trzepot ptasich skrzydeł, światło latarki kilkakrotnie szybko zamigotało, po czym zgasło, pogrążając piwnicę w całkowitych ciemnościach! Serce podeszło mu do gardła. W ułamku sekundy przylgnął plecami do śliskiej ściany, zjechał prawie na kolana, wyciągnął i z metalicznym trzaskiem odbezpieczył broń, po czym zagiął palec na spuście. Zareagował dokładnie tak, jak mu to wbijano do głowy na dziesiątkach godzin ćwiczeń. Został w tej pozycji przez kilkanaście sekund, ale nic się nie wydarzyło. To pewnie tylko baterie – uspokajająco szepnął sam do siebie. Otarł rękawem pot z czoła, opuścił rękę z bronią i kilkakrotnie mocno potrząsnął latarką. Światło niespokojnie zamigotało, po czym popłynęło nieprzerwanym strumieniem. Skierował latarkę w górę, świecąc w to samo miejsce. Zmrużył oczy, ale fale światła załamywały się na warstwie lodu. Zrobił dwa kroki w przód i prawie przylegając całym ciałem do lodowatej ściany, przeczytał: „TU PAN JEJ NIE ZNAJDZIE”.
...()...
Skierował światło w dół, obejmując jego strumieniem napis „NIECH SPOCZYWA W SPOKOJU”.
...()...
jeśli już to znajdzie, to ostatnią rzeczą jaka przyjdzie mu do głowy, będzie spojrzenie w górę. Straci sporo czasu. Czasu, którego nie miał, podczas gdy wskazówka będzie tuż nad jego głową. Przełknął żółć bezsilnej wściekłości i szybko wyszedł na górę. Biegł najszybciej jak tylko potrafił, zwalniając dopiero, kiedy dostrzegł przebijające się przez opary mgły czerwone światła samochodu. Wsiadł i zamknął drzwi. Temperatura w samochodzie nie różniła się od tej na zewnątrz. Zamiast policzków miał dwa małe, pozbawione czucia, kawałki czerwonego mięsa. Krzywiąc się z bólu roztarł zgrabiałe od mrozu palce, mocno przy tym chuchając w dłonie. Nie do końca jeszcze sprawnymi palcami prawej dłoni chwycił drążek, wrzucił jedynkę i ostro ruszył do przodu. Po kilku minutach skręcił w lewo i wyjechał na szosę. Rozgrzanymi już dłońmi mocno ścisnął kierownicę i wcisnął gaz do oporu. Potężny dwulitrowy silnik wyrwał do przodu, zaprzęgając do galopu prawie półtorej setki koni mechanicznych.
...()...
- Żeby nie martwić się jej ciałem, ważniejsza jest dusza... - Osowskiemu na ułamek sekundy pociemniało w oczach. Nieświadomie rozluźnił chwyt na kierownicy, tracąc panowanie nad pędzącym pojazdem - … jeśli nie będzie cię o piątej rano, to do troski o duszę mamy sobie dopisać troskę o jej ciało... - Eryk słyszał te słowa, jakby z oddali. Rozpędzone auto wypadło z trasy. Koła z prawej strony tłukły o zmrożony śnieg zalegający na poboczu, dosłownie cudem uniknął czołowego uderzenia w drzewo. Manewrując kierownicą na wszystkie strony i pulsacyjnie zmniejszając prędkość, udało mu się zapanować nad samochodem. Wrzucił kolejny bieg i wcisnął pedał gazu, od razu czując jak zarzuca tył auta, kiedy z pokrytego śniegiem pobocza wjechał na szosę. Wydobywający się spod maski tryumfujący ryk potężnego silnika oznajmił całemu światu, że komisarz pozostaje nadal w grze! Spojrzał w lusterko wsteczne. Śnieżna kurzawa, skąpana w czerwonej poświacie świateł, niknęła w mroku nocy.
- Eryk! Eryk! Co tam się dzieje!? – w głośniku trzeszczał głos Lewandowskiego.
- Nic! - otarł pot z czoła i spojrzał na zegarek. Od trzech godzin i czterdziestu siedmiu minut była już Wigilia Bożego Narodzenia. Gnając przez gęstą noc, zaczął dziki wyścig z czasem. - Jedziecie tam?
...()...
Nie od razu się w tym połapał. Był zbyt wściekły na to, że operacyjni nie byli w stanie jej namierzyć. Potrzebował chwili, aby ochłonąć. Kiedy mu przeszło, zaczął myśleć. Przedstawił swój pomysł kolegom. Im dłużej o tym rozmawiali, tym bardziej nabierali przekonania, że właśnie nadszedł czas, aby wykonać ruch. Dogranie wszystkich szczegółów zajęło im kilka godzin. Przekazując pendrive Ciskowskiej, zdawał sobie sprawę, że tym samym uruchomił sekwencję zdarzeń, nad którą bardzo łatwo mogli stracić kontrolę. Musieli jednak podjąć ryzyko i zagrać va banque.
...()...
Gra rozpocznie się już za kilka godzin. Gwałtowne uderzenie mroźnego wiatru w samochód wyrwało go z rozmyślań. Pochylił się nad kierownicą, wyglądając przez przednią szybę. Nisko płynące, ciężkie, ołowiane chmury, zwiastowały śnieżycę. Na chwilę zaległa cisza. Osowski przekręcił kluczyk w stacyjce, gdy usłyszał przeciągły, dudniący pomruk. Uderzenie wichru uniosło wysoko pod niebo śnieżną kurzawę, przez którą ledwo przebijało się mglisto rozmazane, pomarańczowe światło latarni od strony Wału Miedzeszyńskiego. Nagle coś uderzyło w dach z taką siłą, że komisarz gwałtownie drgnął, będąc w pierwszej chwili przekonanym, że na jego samochodzie wylądowała jakaś duża gałąź, wyrwana przez wiatr."



Źródło: Lubimy Czytać
Pierwsza część cyklu:
Tytuł: Czarna samica Kruka. Lot nad krawędzią świadomości.
Autor: Dariusz Pawłowski
Wydawnictwo: Oficynka 2015
Gatunek: Thriller

Opis:
Zamknij oczy i wyobraź sobie las. Delikatną miękkość mchu pod Twoimi stopami, szum liści nieśmiało głaskanych wiatrem, unoszący się w powietrzu zapach zielonych świerków… Spójrz w górę. Widzisz korony drzew pochylone brzemieniem wieku? Czujesz pierwsze krople deszczu, które osiadają na Twoich policzkach? Słyszysz to? Słyszysz ten dochodzący z oddali złowieszczy dźwięk? To szum czarnych kruczych skrzydeł. Ona nadlatuje. A za nią mrok. Mrok umysłu szarpanego obłędem. Śmierć księdza jest tylko początkiem…


Zainteresowani? :)



* Post zawiera materiał promocyjny od autora Dariusza Pawłowskiego

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Copyright © Szablon wykonany przez Blonparia